Prawosławna wieś podlaska po bieżeństwie

Zastosowana w sierpniu 1915 roku, przez wycofującą się armię carską, taktyka spalonej ziemi, przyniosła ogromne straty materialne. Jeszcze bardziej brzemienna w skutki okazała się ewakuacja w głąb Rosji. Ludność prawosławna uległa propagandzie prowadzonej przez wojsko rosyjskie i wspieranej aktywnie przez duchowieństwo. W następstwie ewakuacji, wyrwana brutalnie ze swoich siedzib, ludność przeżyła kilkuletnią tułaczkę, koszmar rewolucji i wojny domowej w Rosji. Bieżeństwo i powrót na zgliszcza to jedno z najtragiczniejszych doświadczeń w historii mieszkańców prawosławnych wsi północnego Podlasia. Doprowadziło ono do dużych, sięgających kilkudziesięciu procent, strat demograficznych i jeszcze większych zniszczeń materialnych. Przyniosło ogrom cierpień i tragedii osobistych. Spowodowało zmiany  społeczne i kulturowe. 

Pierwsi bieżeńcy dotarli w rodzinne strony w 1918 roku,  ostatni w 1922, a jednostki jeszcze później. Tylko nieliczne rodziny miały szczęście powrócić w komplecie. Wracali na zgliszcza z bagażem tragicznych doświadczeń, najczęściej nie  mając nic prócz kawałka zdziczałej ziemi.

  Obraz wsi był przytłaczający. Konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością przeszła najgorsze oczekiwania. Znaczna część ewakuowanych wsi była doszczętnie spalona, niektóre częściowo i tylko w bardzo nielicznych ocalała zabudowa. 

 Zagrody przeistoczyły się w pogorzeliska. Na siedliskach walały się  niedopalone głownie. W miejscu gdzie przed laty biegła ulica zachowała się wąska ścieżka. Siedliska porastały chaszcze. Sterczały kikuty pieców, w których gnieździły się zdziczałe koty. Zapoczątkowanego przez kozaków dzieła zniszczenia dokończyła ludność wsi, które się nie ewakuowały i czas. Często grusze-dziczki pomagały  powracającym z tułaczki ustalić granicę zabudowań. Pola uprawne przeistoczyły się w odłogi, stając się jałową ziemią. Powrót w rodzinne strony okazał się nie mniej bolesny od tragedii rozstania.

Tak rozpoczynano życie w Drugiej Rzeczypospolitej. Głód, brak dachu nad głową, rolniczych narzędzi, nasion, zaprzęgu – to codzienność pierwszych lat po powrocie.

Destrukcyjne skutki bieżeństwa rzutowały na cały okres międzywojenny, a nawet dłużej, ukształtowały obraz prawosławnych wsi lat dwudziestych w nowych realiach politycznych. Stały się przyczyną zapóźnienia gospodarczego tego obszaru w porównaniu do wsi zamieszkałych przez ludność narodowości polskiej, których mieszkańcy nie ulegli propagandzie ewakuacyjnej.

Tuż po powrocie wyraźnie wzrosła umieralność. Wycieńczone, niedożywione, nawet młode organizmy przegrywały walkę z chorobami zakaźnymi układu oddechowego i pokarmowego, zwłaszcza groźnym tyfusem i gruźlicą. Sytuacja materialna pozbawiała jakiejkolwiek pomocy medycznej. Rodził się także kolejny dylemat – problem sieroctwa.

Najbardziej doskwierał głód i brak dachu nad głową. Dotykał on najboleśniej powracających zimą. Ci co przybyli jako pierwsi znajdowali schronienie w nielicznych, ocalałych domach swojej, bądź sąsiedniej wsi. Często w jednej chałupie mieszkało po kilka rodzin. Kiedy wracali prawowici gospodarze dochodziło do nieporozumień. Zdarzały się sytuacje, iż domy wcześniej zajmowali Polacy, którzy się nie ewakuowali.

Warto odnotować fakt wzajemnych relacji, powracający po latach tułaczki. Okazywano sobie nawzajem życzliwość i gotowość niesienia pomocy.

 Bagaż, zwłaszcza powracających z głębi Rosji, był bardzo skromny, ubrania, rzadziej artykuły spożywcze. Część z tego wymieniano natychmiast na materiał siewny, przymierając głodem. Zaoszczędzone w Rosji ruble dla tych co powrócili później okazały się już bezwartościową makulaturą.

Pozbawieni narzędzi i zaprzęgu, uprawiali ziemię w prymitywny sposób – szpadlami i motykami. Warunki pracy i życia cofnęły się o stulecia. W tej sytuacji przejawem postępu była orka sochą w krowim zaprzęgu. Dopiero w końcu lat 20. koń stał się powszechnie siłą pociągową, a pług narzędziem orki.

Odbudowę spalonych zagród rozpoczynano od kopania ziemianek i lepienia bud z gliny. Latem mieszkano w szałasach i szopach z gałęzi, obkładanych kulikami słomy, z żerdziowym dachem, przykrytym najczęściej  sitowiem. Jako schronienie służyły także stogi. Luksusem było postawienie własnego pieca, nawet pod gołym niebem.

 Do końca lat dwudziestych wieś przybierała dawne zagrodowe oblicze, ale wciąż z akcentami prowizorki w architekturze. Dopiero w latach 30. następowała stabilizacja.

Tuż po powrocie bardzo uciążliwy był brak suchego  opału, stąd jedynym wyjściem pozostawał posusz. Zdesperowane, o ateistycznych poglądach jednostki, posuwały się  nawet do wycinania drewnianych krzyży, ku zgorszeniu ogółu. Głównym środkiem transportu opału były chłopskie plecy. Zdarzało się, że nawet dzieci wyręczały w tym  dorosłych.

W pierwszych latach po powrocie prawie z każdej rodziny chodził ktoś na żebry. Jedynym sposobem na przetrwanie było wynajmowanie się do pracy po wsiach zamieszkałych przez ludność polską i  w miastach i miasteczkach u żydów. Mężczyźni zatrudniali się głównie do omłotów, sianokosów i żniw. Kobiety przędły i pomagały w gospodarstwie. Na służbę szły nawet kilkuletnie dzieci. Chłopcy przeważnie zajmowali się wypasem bydła, koni, owiec i trzody chlewnej. Dziewczęta najczęściej niańczyły dzieci. Jedni i drudzy otrzymywali  symboliczne wynagrodzenie.

Zapłata nie podlegała negocjacji i była jedyną nadzieją na przetrwanie. Płacono w naturze. Za dzień pracy przy omłotach oferowano od kilku do kilkunastu kilogramów zboża. Płacono w zależności od tego co młócono, żytem, owsem, jęczmieniem. Oprócz zapłaty ważny był wikt i dach nad głową, co pozwalało przeżyć.

Stosunek ludności polskiej do bieżeńców był bardzo różny. Zdarzali się bezlitośni gospodarze, ale także i współczujący, którzy do zapłaty dodawali kawałek słoniny parę jajek, butelkę mleka. Zapracowane ciężko zboże przynoszono na własnych plecach.

Najgorzej opłacano dzieci, zwłaszcza te najmłodsze. A to one najboleśniej odczuwały rozłąkę z rodziną. Za okres wypasu otrzymywali owcę, prosie lub zboże, czasem buty. Dziewczętom dawano skromne ubrania, czasem trochę jedzenia.

Kobiety chodziły po prośbie, często doznając upokorzeń, ale była to jedyna możliwość przetrwania. Satysfakcjonowały nawet ziemniaczane obierki. Traumatyczne i poruszające wspomnienia pozostawili uczestnicy tych tragicznych wydarzeń jak opowieść Eudokii Oniszczuk z Husak, która zapamiętała jak czekała na  matkę, która mówiła do dzieci aby nastawiły rączki, dawała chleb, a czasem były to tylko okruszki.

W pierwszych latach po powrocie cierpiano straszny głód, najgorzej było przetrwać zimę i przedwiośnie. Gotowano szczaw, pokrzywę, lebiodę, łopian, okraszany garścią kaszy, mąki, zmielonego zboża o ile było. Długo z zielnymi dodatkami pieczono chleb. Ziemniaki dawano w prezencie dzieciom tak jak dziś słodycze.

W drugiej połowie lat 20. sytuacja materialna ulegała stopniowej poprawie, zażegnano głód, jednak nie wyeliminowano problemu niedożywienia.

Władze polskie nastawione w latach 20. na polonizację tych terenów nie dostrzegały problemów bieżeńców. Nie udzielano im pomocy,  nie było opieki ze strony państwa, ani nawet ulgi podatkowej.

 Chłopi nie zdążyli jeszcze zagospodarować ziemi, a już otrzymywali nakazy płatnicze, a w ślad za nimi posyłano komorników, którzy zabierali często jedyną krowę, przyodziewek, bądź to co stanowiło jakąkolwiek wartość.  Stąd gospodarze starali się chować swoje mienie, ale i to przy gorliwości urzędników okazywało się mało skuteczne. Podatki były bardzo wysokie. Za  średniej wielkości gospodarstwo stawka roczna równała się w przybliżeniu wartości rynkowej dwóch krów.

W okresie międzywojennym nie stać było na jakąkolwiek opiekę medyczną. Sporadycznie ratunku szukano w aptece, gdzie jednocześnie stawiano diagnozę i  doradzano leki. Pozostawali znachorzy, szeptuchy, modlitwa. W przypadku konieczności fachowej pomocy medycznej ludność była bezradna, dotyczyło to szczególnie porodów. Plagą były pomory niemowląt i dzieci. W przypadku ciężkiej choroby, zwłaszcza gospodarza, kiedy konieczne była pomoc medyczna, w grę wchodziła jedynie sprzedaż części ziemi.

Wiejska społeczność tych terenów na przeciągu długiego okresu zachowała prawie nie zmienione swoje oblicze kulturowe. Powracającym tułaczom teraz przyszło żyć w nowej sytuacji politycznej i kulturowej. Realia jakie zastali potęgowały tragizm sytuacji. Powracali do siebie ale często byli postrzegani i traktowani jak obcy. Mocno sfrustrowanej ludności, obciążonej traumatycznymi doświadczeniami czasów bieżeństwa i powrotu na zgliszcza, trudno było odnaleźć się w takiej sytuacji.

Wszyscy stali się obywatelami państwa polskiego – Drugiej Rzeczypospolitej. Językiem urzędowym był polski, którego prawosławna ludność nie rozumiała, nie znała także liter. Utrudniało to załatwianie spraw  urzędowych. Spotykano się z przejawami braku tolerancji ze strony urzędników, wyłącznie narodowości polskiej. Prowadziło to do nieporozumień, a nawet  poniżania prawosławnych petentów. Powszechny był problem z odczytaniem i zrozumieniem pism urzędach. Gospodarze wymuszeni byli uczyć się języka polskiego. W moim rodzinnym domu zachowały się zeszyty dziadka, który jak pierwszoklasista, w wieku dwudziestu paru lat, kreślił koślawe litery z  naleciałościami kaligrafii rosyjskiej.

 W świetle opinii władz i urzędników analfabetami byli wszyscy ci, którzy nie znali języka polskiego. Potwierdzają to nie tylko wspomnienia naocznych świadków tamtych czasów, ale także polskie statystyki często błędnie interpretowane do dziś.

W pierwszej połowie lat 20. ubiegłego wieku spośród dzieci wyznania prawosławnego do szkoły powszechnej uczęszczały tylko jednostki. Odpowiedzialna za to była ogólna sytuacja młodego państwa i rodzinna dzieci. Na tych terenach brakowało szkolnych pomieszczeń i nauczycieli. Dzieci  zmuszone były wesprzeć domowy budżet, wynajmując się do pracy. Przeszkodą w posłaniu dzieci do szkoły był brak butów i ciepłych okryć. Niektóre dzieci chodziły do szkoły krótko, najczęściej tylko zimą aby poznać litery. Edukację kończyły one wyłącznie na poziomie elementarnym, różnica programowa i bariera ekonomiczna nie dawał najmniejszych szans awansu.

Dzieci uczęszczały do polskiej szkoły z nowymi autorytetami. Różniła się ona bardzo od tej, do której chodzili ich rodzice. Najmłodszym najłatwiej było przystosować się do nowych warunków, w przeciwieństwie do dorosłych. Szkoła niosła nowe wartości. Prawosławna ludność straciła stare autorytety, stąd  próby szukania nowych w ruchu sekciarskim i działalności rewolucyjnej. 

Realia Drugiej Rzeczypospolitej najboleśniej dotknęły osoby, które  doświadczyły awansu społecznego, zdobywając edukację w szkołach rosyjskich. Teraz nowa sytuacja polityczna cofała ich do stanu poprzedniego. A awans wiejskiej ludności uczyniła niemożliwym. Sytuacja w jakiej znalazły się,  edukowane w poprzedniej epoce wiejskie elity, rodziła frustracje i desperacje. Ludność nie czuła związku emocjonalnego z obcą kulturowo, a zwłaszcza religijnie Polską. Coraz bardziej utwierdzała się ona w przekonaniu swojej odmienności.

Dla podkreślenia przynależności do tej samej wiary powszechnie używano określenia „swój, swoi”. Nastawiona na polonizację polityka polskich władz nie sprzyjała budzeniu się świadomości narodowej Białorusinów. Na długie lata wyznacznikiem odmienności stanie się przynależności religijna, podnosząc wyznanie do rangi narodowości.

  Prawosławna ludność szybko zrozumiała, że religia ich ojców straciła uprzywilejowaną pozycję jaką zajmowała w carskiej Rosji, wspierana i dofinansowywana przez władzę, której była ważną podporą. Teraz zdarzało się, że przedstawiano Cerkiew jako narzędzie rusyfikacji, potencjalnego wroga polskości.

W realiach Drugiej Rzeczypospolitej Cerkiew prawosławna utraciła nie tylko dotychczasowy status, ale przede wszystkim swój stan posiadania. Państwo przejmowało ziemię cerkiewną, zamykano świątynie. W guberni grodzieńskiej zabrano 100 prawosławnych świątyń. Później władze podejmą próbę wykorzystania Cerkwi jako instrumentu polonizacji. Większa część samodzielnych przed wojną parafii, stała się teraz punktami filialnymi.

Opuszczone na kilka lat świątynie ulegały często dewastacji. Nie wszystkie wywiezione w głąb Rosji ikony i przedmioty kultu powróciły na swoje miejsce. Podobny los spotkał zabezpieczane, bądź ewakuowane cerkiewne dzwony, część  z nich  zaginęła.

 Uciekając w sierpniu 1915 roku, w pośpiechu zabezpieczano, najczęściej zakopując w ziemi, cerkiewne archiwa, w następstwie czego przepadła bezpowrotnie część pisanej historii tych terenów.

 W trudnej sytuacji znalazły się świątynie, których budowę  rozpoczęto tuż przed wojną. Po powrocie z bieżeństwa zubożali wierni długo nie byli w stanie doprowadzić budów do końca.

Kolejnym problemem była posługa duszpasterska, związana z pochówkami, chrztami, ślubami, brakowało duchownych.

Przykładowo jako jeden z pierwszych powrócił duchowny do Białowieży. Na Zielone Świątki 1918 roku udzielił on ślubów aż dla 100 par, nawet z bardzo oddalonych wsi.

 Burzliwe wydarzenia naraziły na szwank autorytet duchowieństwa i to z kilku powodów. Cieniem kładła się aktywna działalność agitacyjna prawosławnego duchowieństwa w sierpniu 1915 roku, kiedy przekonano się po powrocie, że tragedii bieżeństwa można było uniknąć. Pod wpływem rosyjskich wydarzeń rewolucyjnych szerzyły się antyreligijne i sekciarskie poglądy.

Tragiczna sytuacja, zwłaszcza materialna, po powrocie i brak perspektyw  jej poprawy,  sprawiała że Rosję bolszewicką postrzegano przez pryzmat Rosji carskiej.

 Poniewierka na obczyźnie, gorycz upokorzeń po powrocie i utrata przez Cerkiew uprzywilejowanej pozycji, zaczęły rodzić wśród części zdezorientowanej prawosławnej społeczności nieziszczalne marzenia i tęsknotę za minioną bezpowrotnie epoką. Determinacja sięgała zenitu.

Część rozgoryczonej ludności ulegała złudzeniom, szukając nowego autorytetu w osobie twórcy sekty Grzybowców – chłopa Eliasza Klimowicza z Grzybowszczyzny. Grzybowcy wprowadzali zamęt, siali niepokój, dzieląc prawosławnych chłopów i atakując duchownych. Poprzez cuda i widzenia sektanci wyrażali tęsknotę za miniona epoką. Rozpowszechniano katastroficzne wizje, czas Apokalipsy jest już bliski głosiła sekta. 

Lata 20. ubiegłego stulecia charakteryzowała naturalna gospodarka z uciążliwą szachownicą, która w większości wsi podlaskich utrzymywała się bardzo długo. Scalanie rozpoczęto tutaj pod koniec lat 20. ubiegłego wieku. Akcja ta nabrała rozmachu dopiero w 1926 roku kiedy państwo zaczęło wspierać komasacje poprzez pomoc kredytową. Do uciążliwych podatków dodano pokaźne spłaty kredytu scaleniowego. Akcja komasacyjna nie objęła jednak wszystkich wsi omawianego terenu.

Szachownica z trójpolówką była przeżytkiem hamującym postęp rolniczy na wsi. Szachownicowy układ pól był ogromną niedogodnością, zmorą  przy bardzo daleko posuniętym rozdrobnieniu gruntów.

W latach dwudziestych powrócono do samowystarczalnej gospodarki,  wymiana handlowa także przybrała charakter naturalny. Wszystko co było potrzebne w gospodarstwie zamawiano u wiejskich rzemieślników. Kupowano jedynie sól. O trudnej sytuacji materialnej wymownie zaświadcza fakt, iż nie zawsze nabywano nawet zapałki.

Hermetyczna do pierwszej wojny światowej prawosławna społeczność wiejska, dla której świat kończył się najczęściej na parafii, czy targu została rzucona w epicentrum światowych wydarzeń, oprócz traumatycznych doświadczeń wzbogaciła się jednak kulturowo.

Pomimo dużych strat demograficznych wieś, zwłaszcza w drugiej połowie lat 20. ubiegłego stulecia, charakteryzowała się znacznym przyrostem demograficznym, potęgującym głód ziemi. Zdarzało się, że po podziałach, na jednym podwórku mieszkało kilka rodzin.

Wewnętrzna migracja zarobkowa stanowiła nieznaczny procent. Nowe granice zabrały możliwość zatrudnienia w dużych miastach przemysłowych na wschodzie.

 Ogromny głód ziemi, postępująca pauperyzacja i brak jakichkolwiek perspektyw złagodzenia tego zjawiska wymuszał emigrację zarobkową za ocean, która rozpoczęła się pod koniec lat 20. XIX wieku. Występowała ona jednak na małą skalę. Wyjeżdżali przeważnie młodzi mężczyźni, czasem dołączały do nich dziewczęta. Rodziny emigrowały sporadycznie. Niektórzy wracali. Wybierano przeważnie Argentynę ze względu na sytuację w Ameryce Północnej.

Celem artykułu nie był opis sytuacji, a jedynie zasygnalizowanie ważniejszych problemów z jakimi borykała się prawosławna wieś podlaska po bieżeństwie, którego skutki rzutowały na cały okres międzywojenny.

Irena Matus

Katedra Kultury Białoruskiej Uniwersytet w Białymstoku

Tekst powstał na podstawie wspomnień naocznych świadków wydarzeń, zamieszczonych w poniższych publikacjach:

  • Бежанства 1915 года, Праграмная рада тыднёвіка „Ніва”, Беласток 2000
  • Irena Matus, Lud nadnarwiański, Prace Katedry Kultury Białoruskiej Uniwersytetu w Białymstoku, Tom 2, Białystok 2000
  •  Irena Matus, Wieś Strzelce-Dawidowicze w tradycji historycznej, Białoruskie Towarzystwo Historyczne, Białystok 1994
  • У новай айчыне, Праграмная рада тыднёвіка „Ніва” Беласток 2001

-       Mikołaj Dawidziak, Unia w Kuraszewie. Historia neounii w Kuraszewie na tle polityki państwa polskiego w latach 1919- 1939, Stowarzyszenie Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, Bielsk Podlaski 2008.